Info

avatar Ten blog rowerowy prowadzi wlochaty z miasteczka Rzeszów. Mam przejechane 13767.33 kilometrów w tym 3334.96 w terenie. Jeżdżę z prędkością średnią 18.24 km/h i się wcale nie chwalę.
Więcej o mnie.

baton rowerowy bikestats.pl

Kategorie

    Maratony

    Marcowy Beskid Niski

    Rumunia 2012



Kilka szczytów

Pasul Prislop (RO) - 1416
Pasul Bucin (RO) - 1287
Pasul Pangarati (RO) - 1256
Wielka Racza - 1236
Rabia Skała - 1199
Dziurkowiec - 1189
Jasło - 1153
Klimczok - 1117
Jaworzyna Krynicka - 1114
Okrąglik - 1101
Szczawnik - 1098
Pusta Wielka - 1061
Chryszczata - 997
Czantoria - 995
Glac (SK) - 990
Przełęcz Wyżna - 886
Pasul Setref (RO) - 825
Kamienna Laworta - 769
Jawor - 741
Schronisko Magura Małastwoska -740
Grzywacka - 567
Liwocz - 562
Królewska Góra - 554
Przełęcz Długie -550
Bardo - 534
Patria - 510


Dane wyjazdu:
68.08 km 61.00 km teren
03:09 h 21.61 km/h:
Maks. pr.:47.00 km/h
Temperatura:13.0
HR max:191 ( 96%)
HR avg:162 ( 82%)
Podjazdy:580 m
Kalorie: 2304 kcal
Rower:Giant XTC

Cyklokarpaty #2 - Pustków

Niedziela, 13 maja 2012 · dodano: 17.05.2012 | Komentarze 0

Pogoda pochmurna, 13 stopni, wyjeżdżamy przed 9 i po 50km jesteśmy w Pustkowie. Kolejna odsłona Cyklokarpat przed nami... a może raczej Cykloplaży. Niespodzianka pierwsza - aby zaparkować samochód trzeba przejechać przez wysoki krawężnik, prawie zostawiłem wydech, wysadziłem wszystkich z auta i jakoś wjechałem. Niespodzianka 2 - kolejka na godzinę stania, chłopaki stali za mnie a ja rozpakowywałem rowery, niespodzianka 3 - 50 minut opóźnienia na starcie.
W końcu ruszamy o 11:50, start honorowy jakieś 3km i tutaj vmax.
Wjechaliśmy w teren - piasek, las, piasek i las, las i piasek, las i las, piasek, patyki, korzenie, las i PŁASKO. Pierwsze 30 km miałem średnią 26km/h ale później dopadł mnie jakiś kryzys, trasa bardzo monotonna, non stop las i piach. Jechało mi się co raz gorzej. Irytacja sięgała zenitu kiedy trzeba było jechać (czasem prowadzić) po rozkopanym piachu. Koła tonęły, rower myszkował, no nie dało się jechać. Nienawidzę jeździć po takich piaskownicach. Piasek męczył niesamowicie. Nie było kiedy sięgnąć po bidon bo cały czas tłukło, nie było kiedy odpocząć bo nie było zjazdów, trzeba było kręcić od startu do mety. Nigdy więcej nie wybiorę się na płaski maraton. Nie umiem i nie lubię. Brak doświadczenia w takim terenie sprawił że nie potrafiłem rozłożyć sił i wynik był tragiczny. Punktów jeszcze nie ma (4 dni po zawodach!) ale będzie to pewnie jeden z gorszych startów w tym sezonie. Niestety.
Dekoracja: ponad 3h. Najpierw nagrody za sprint z Rzeszowa, potem za wyścig z Rzeszowa, potem gadka lokalnych działaczy w garniturach, potem deszcz i dekoracja Pustkowa. Jeszcze później tombola - zgarnąłem Slime 237ml. Nie chciało nam się czekać do końca losowania i poszliśmy do auta o 20:30 - kurde na 6 mam do roboty, chyba nie pośpię. W międzyczasie musiałem wyjechać z parkingu przy którym krawężnik był już mocno poturbowany przez zawieszania samochodów. Udało się przecisnąć z boku między latarniami i zjechać przez chodnik.

Dystans Mega (64,5km)
MM2: 30/42, czas 2:51:52
Open Mega: 75/170

Na starcie wycieram szpika :P © wlochaty


borem, lasem © wlochaty


ledwo zipie © wlochaty


próbuje rozbujać się na stojąco © wlochaty
Kategoria: Nie przypisana.


Dane wyjazdu:
49.17 km 13.00 km teren
02:07 h 23.23 km/h:
Maks. pr.:66.40 km/h
Temperatura:22.0
HR max:182 ( 92%)
HR avg:146 ( 74%)
Podjazdy:440 m
Kalorie: 1504 kcal
Rower:Giant XTC

noga podaje

Czwartek, 10 maja 2012 · dodano: 10.05.2012 | Komentarze 1

Po wczorajszym kiepskim dniu, dzisiaj jechało się o niebo lepiej. Postanowiłem to wykorzystać i depnąć trochę mocniej, coś a'la trening na wypadek gdybym się zdecydował na niedzielny maraton. Podjazdy raczej siłowo. Najpierw przez Budziwój do Przylasku. Tutaj szukałem nowych ścieżek, jest ich pełno, ciągną się wzdłuż fajnego wąwozu, szkoda że miałem pod góre, niektórym odcinkom nie wiele brakowało do pionu, reszta miejscami przysypana liśćmi tak że koło zapadało się po oś ale i tak fajne single. Okazało się też że moje opony nic się nie trzymają na mokrej ziemi, miałem chyba z 4 uślizgi, rzadko mi się to zdarzało na poprzednich kapciach. Dalej Lubenia, Babica i podjazd czarnym szlakiem, Grochowiczna, Niechobrz Krzyż, Racławówka, Zwięczyca i powrót przez Lisią Górę.



wąwóz w Przylasku © wlochaty


Ulubiony element po każdej trasie :D © wlochaty
Kategoria: Nie przypisana.


Dane wyjazdu:
42.87 km 17.00 km teren
02:08 h 20.10 km/h:
Maks. pr.:59.60 km/h
Temperatura:19.0
HR max:181 ( 91%)
HR avg:134 ( 68%)
Podjazdy:490 m
Kalorie: 1354 kcal
Rower:Giant XTC

pieskie życie

Środa, 9 maja 2012 · dodano: 09.05.2012 | Komentarze 2

dziwnie mi się na początku jechało na Giancie, jakoś tak lekko i niestabilnie :D Początek trasy przez wyciąg w Zalesiu, pierwszy pies - wilczur wyskoczył zza drzew, mało co nie umarłem z przerażenia, przeważnie to gonią mnie małe pieski a ten to było bydle, całe szczęście w kagańcu bo bym chyba był bez nogi.
Dalej Łany i zjazd lasem do Chmielnika tak jak na CK, singielek przypadł mi do gustu ale na dole mogłem spodziewać się niespodziewanego. Dojechałem do końca lasu i patrze czy są psy obok gospodarstwa. Są, i to trzy, jeden duży i dwa średnie! Biegną na mnie z zębami, odwracam się z rowerem i gnam w dół jakąś ścieżką, nie zajechałem daleko bo po 20 metrach ścieżka skończyła się na osuwisku. Patrze za siebie a te co raz bliżej. Już miałem z buta skakać na dół i uciekać ale zaryzykowałem. Wziąłem rower za kierownice i siodło i zamachnąłem się z nim w strone psiarni tak jakbym miał nim rzucić, te nic, stoją i warczą na mnie, czynność powtórzyłem jeszcze raz a potem rzuciłem patykiem w nadziei że potrafią aportować :D Ale chyba się tego roweru wystraszyły i uciekły. No ale co ? i tak musze koło nich przejechać bo nie chciało mi się do góry wracać. Pełna mobilizacja i jazda! gonią mnie jak szalone, ja akurat wchodziłem w nawrotke na mokrej trawie w międzyczasie odganiając je nogą. Jakoś uciekłem ale gacie pełne :D Dalej z Chmielnika na Borówki, zjazd do Borku, podjazd pod sanktuarium i dalej na WSiZ. Asfaltem w stronę Przylasku, tam piesek w stałym punkcie już czekał ale tego to ja już znam, wypne tylko buta i już ucieka. Z Przylasku zjazd nowym pseudoasfaltem do Budziwoja i na kładkę a później sprint wzdłuż zalewu i do domu.
A mówią że to w Rumuni trzeba uważać na psy...

Kategoria: Nie przypisana.


Dane wyjazdu:
103.23 km 5.00 km teren
05:17 h 19.54 km/h:
Maks. pr.:49.65 km/h
Temperatura:32.0
HR max:163 ( 82%)
HR avg:118 ( 59%)
Podjazdy:981 m
Kalorie: 2431 kcal

Rumunia, dzień 6 czyli niespodziewany podjazd i powrót do domu

Czwartek, 3 maja 2012 · dodano: 05.05.2012 | Komentarze 5

Wstajemy standardowo o 7, zostawiamy rzeczy i jedziemy w górę szlaku szutrową drogą do góry. Podobno gdzieś tam jest fajny kościół. Niestety po 2 km podjazdu Sebastianowi strzela szprycha w tylnym kole. Mamy zapasowe ale co z tego jak do szprycha od strony kasety? Nie da się się wyciągnąć bez klucza od kaset. Próbujemy wyprostować koło ale i tak ociera o błotnik więc ten zostaje zdemontowany. Jedziemy jeszcze do sklepu o o godzinie 10 wyjeżdżamy z miasta. Cały czas lekko w dół, w Moisei chaos. Z racji dnia targowego czułem się jak w indyjskich miastach. Konie stoją zaparkowane na środku drogi, kury trzepią piórami nad głowami, auta trąbią, ludzie chodzą środkiem drogi, korek, zamieszanie a w tle charakterystyczna rumuńska muzyka :D Za miasteczkiem odbijamy w lewo, jeden podjazd z serpentynami a kilkanaście kilometrów później kolejny już trochę trudniejszy. Wjechaliśmy na przełęcz Setref (825m). Zaczął się upał. Zjedliśmy po hamburgerze, do tego browarek, zabawa z pieskiem i dłuuuuuugi zjazd. Biedny piesek się tak do nas przywiązał że leciał za nami bardzo długo aż go zgubiliśmy na serpentynach.
Jechało się dobrze, trzymaliśmy fajne tempo, droga była w miare ok i zrobiło się monotonnie.
Jesteśmy już co raz bliżej Bystrzycy, znaki informują o 30km, później 20, 12 a tu nagle… Podjazd na 200m w pionie. Myślałem że padnę. Słońce już parzyło w ręce i nogi, sól wpływała mi do oczu, ledwo jechałem na młynku. To była bardzo niemiła niespodzianka. Ale później już zjazd do samego miasta. Przestał mi działać gdzieś tam licznik ale już się tym nie przejmowałem. Teraz myślałem tylko o tym czy samochód jest cały na parkingu. Wczoraj Adam opowiadał jak zostawił toyotę na wiosce na 2 godziny a ludzie od razu otoczyli samochód i zaglądali do środka. Przejeżdżamy całą Bystrzycę, wpadamy na parking iiii… JEST :D stoi jak stało tylko że kilka milimetrów kurzu się nazbierało. Zrobiliśmy zakupy, zjadłem Mici i o godzinie 18 ruszyliśmy.
Chciałem wyjechać z Rumuni przed zmrokiem ale niestety nie udało się. Po drodze na dość szybkiej trasie w nocy jechał zaprzęg konny. Niby nic dziwnego no ale była noc a gość miał tylko odblaskową kamizelkę i pochodnię! :D Mieliśmy się wstępnie zatrzymać na Węgrzech i przespać się ale komu się chciało rozkładać namioty w środku nocy. Przespałem się koło Świdnika 40 minut i 5:30 rano wjechaliśmy do Rzeszowa. To tyle:;)

Podsumowanie i garść przydatnych informacji.
Wyjazd bardzo udany, pogoda dopisywała cały czas. Romowie są bardzo mili, nie odnotowaliśmy żadnych biegających watah dzikich psów czy atakujących i kradnących dzieci. Kierowcy wcale nie jeżdżą jak szaleni, przeciwnie – wymijają z bardzo dużym zapasem miejsca używając wcześniej krótkiego klaksonu. Ceny są takie same jak u nas lub tańsze. Prawdą jest natomiast to że drogi są kiepskie, zwłaszcza w górach. Jadąc samochodem warto zabrać ze sobą koło zapasowe i przed wyjazdem sprawdzić zawieszenie samochodu. Co prawda bardzo często są tam zakłady mechaniczne i wulkanizacje ale dogadać się trudno. Mało osób zna angielski. Jeżeli chodzi o stacje lpg to w Rumuni z tym krucho, ja znalazłem w Satu Mare, 25gr drożej niż w Polsce, lpg na Węgrzech jest bardziej popularne ale kosztuje 4zł kiedy u nas 2,80zł. Po wjechaniu do Rumuni należy zakupić winietę ale jest tania – 15Lei za 7 dni.
Rumunię polecam każdemu kto chce zwiedzić ciekawe miejsca małym kosztem. Mi tydzień pobytu zamknął się w 350zł.



naparwa koła © wlochaty


Pietrosul o świcie © wlochaty


Amortyzator się przydał © wlochaty



Podjazd na p.Setref © wlochaty


ostatnie psojrzenie na zaśnieżone szczyty © wlochaty


i już na górze, opuszczamy Maramuresz © wlochaty


Parking © wlochaty


Wracamy w region Bystrzycy © wlochaty


Nowy kolega © wlochaty


Mostki z desek grubości 1,5cm. Kładka w Boguchwale to przy tym betonowy most :D © wlochaty


Fordeo dzielnie na nas czeka pod Kauflandem © wlochaty


Cała trasa
Kategoria: Rumunia 2012


Dane wyjazdu:
110.77 km 1.00 km teren
05:31 h 20.08 km/h:
Maks. pr.:54.00 km/h
Temperatura:30.0
HR max:175 ( 88%)
HR avg:117 ( 59%)
Podjazdy:1021 m
Kalorie: 2899 kcal

Rumunia, dzień 5 czyli cały czas do góry

Środa, 2 maja 2012 · dodano: 05.05.2012 | Komentarze 2

Wstajemy o 7, od twardego spania bolą mnie plecy. O 8:15 zaczynamy jazdę, kontynuujemy podróż betonowymi płytami, tak tłucze że nawet stare Dacie się sypią. Miciu zwinął ze środka drogi rejestrację samochodową. W końcu po ponad godzinie wjeżdżamy do Vatry Dornei. Zatrzymujemy się pod Unicarmem, robimy tam zakupy i wypadamy z miasta. Mocna kawa na stacji, kawałek główną dobrą drogą i odbicie w lewo. Dziur jako tako nie ma ale asfalt jest mocno pofalowany. Sebastianowi błotnik ociera o oponę, okazuje się że już trochę jej zdarło, bagażnik prawie odpadł. Pomogły zipy. Niestety cały czas coś ociera, zatrzymujemy się z 6 razy i kombinujemy, wszystko trzyma się na zipach i tak jest najlepiej bo już nic nie ociera ale mi za to licznik nie łapie sygnału. Tez mi zeszło pare minut ale bez efektu. W końcu sam się naprawił. W Botos wpadamy do restauracji. Okazuje się że połowy rzeczy nie ma, bierzemy to co jest, dostajemy jeszcze co innego i płacimy 2 razy więcej niż było w menu. Jakby tego było mało mięso było twarde, pół surowe, z chrząstkami i nie miało smaku. Bleee. Ale najważniejsze że coś zjedliśmy bo wychodziło na to że za niedługo podjazd którym jedziemy drugi dzień zacznie się wyostrzać. W kolejnej wsi tankujemy jeszcze piwo obok komisariatu i jedziemy, teraz czeka nas 45km bez cywilizacji.
Jakość drogi przechodzi ludzkie pojęcie, to już w lesie jest równiej. Nachylenie powoli wzrasta, odsłaniają się ośnieżone szczyty gór Rodniańskich. Przychodzą chmury, grzmi, zaczynają się serpentyny. W końcu wjeżdżamy na przełęcz Prislop – 1416m. Zaczyna padać na dobre deszcz z gradem. Wykorzystaliśmy ten czas na jedzenie pod dachem. Po 40 minutach nie pada ale nad Ukrainą wisi potężna burza. Ubieramy się i jedziemy w dół. Tutaj mocniej popadało, droga mokra, jest zimno, po bokach leży kilkadziesiąt centymetrów śniegu. Po 23km zjazdu wjeżdżamy do Borsy – to miasto turystyczne, tutaj zaczyna się jedyny szlak na Pietrosul. Burza dalej straszy. Jedziemy za znakami kierującymi na camping. Dojechaliśmy do gościa na ogródek. Cena była dość zaporowa jak za kawałek ziemi, z 20 Lej za osobe utargowałem do 15. Jest łazienka, ciepła woda, wrzątek, wiata z ławkami i gril. Na miejscu była już czwórka polaków. Ania i Adam z Wrocławia a Karol i Dominika z Pustkowa. W ogródku obok zaciekawił mnie fakt iż są tam 3 groby… Dziwny zwyczaj. Na wieczornej integracji przy grilu okazało się że Karol zna kilku zawodników z grupy Chemik Pustków i powiedział że na pewno wpadnie na maraton kibicować ;) A burza poszła bokiem.



Rano było mokro i zimno - jak to nad wodą © wlochaty


Trofeum :D © wlochaty


Zipy dobre na wszytsko © wlochaty


Piwko w centrum miasteczka, z parwej strony widać komendę policji © wlochaty


Schody do domu :D © wlochaty


Zaczynamy podjazd - dziura na dziurze © wlochaty


Co raz fajniej © wlochaty


:) © wlochaty


I już na szczycie - 1416m n.p.m. © wlochaty


Kościółek na szczycie © wlochaty


Panorama ze szczytu


Widok na Pietrosul (2303m) z centrum Borsy © wlochaty


Boczne drogi w Rumuni - dojście na camping © wlochaty


Spanie na ogrodzie © wlochaty
Kategoria: Rumunia 2012


Dane wyjazdu:
102.00 km 0.00 km teren
05:20 h 19.12 km/h:
Maks. pr.:51.00 km/h
Temperatura:36.0
HR max:154 ( 78%)
HR avg:113 ( 57%)
Podjazdy:1100 m
Kalorie: 2174 kcal

Rumunia, dzień 4 czyli żar leje się z nieba

Wtorek, 1 maja 2012 · dodano: 05.05.2012 | Komentarze 3

Wstajemy kilka minut po 7, ogarniamy sprzęt i wyjeżdżamy o 9. Droga cały czas interwałowa. Po kilkunastu kilometrach robi się już nudna, 35km wzdłuż jeziora. Za każdym zakrętem wypatruje pewnego mostu. W końcu 11km za Hangu dojeżdżamy do zajebistego niebieskiego wiaduktu położonego nad polderami powodziowymi. Zanim jednak nim przejedziemy to jemy jakiegoś hotdoga, robimy drobne zakupy no i jazda. Po drugiej stronie zjeżdżamy na dół. Wody nie było tutaj chyba już bardzo długo, ludzie sobie tam piknikują, inni wypasają krowy. My przejechaliśmy obok wyrastającego znikąd diabelskiego kamienia i usiedliśmy w cieniu mostu sącząc piwko.
Wracamy do jazdy, teraz droga bardzo łagodnie ale systematycznie wznosi się do góry przez 140km. Na szczęście podjazdu nie czuć pod kołem. Po przejechaniu około 60km jest tak gorąco i sucho że ciężko jechać. Decydujemy się na przerwę. Zaopatrujemy się w zimne procenty i siadamy w cieniu nad rzeką. Leżeliśmy z 2 godziny. Jak przyszło wsiąść na rower to było jeszcze gorzej :D Po drodze zatrzymaliśmy się na lody a potem w Madei na obiad w restauracji gdzie znów spotykamy polaków.
Nadeszło trochę chmur więc jechało się ciut lepiej ale i tak leniwie. Jedziemy cały czas wzdłuż Bystrzycy, rzeka przypomina Poprad. Do domostw z drugiej strony wody prowadzą wiszące kładki które ledwo się trzymają, jest ich bardzo dużo. Droga zaczyna się psuć, asfalt zanika, wychodzą gołe betonowe płyty. Dochodzi troche dziur, piasku, żwiru itp., efekt jest taki że droga niczym nie różni się od drogi na budowie. Tłucze niesamowicie, amortyzatory pracują cały czas. Nie ma miejsca na namiot, dookoła same góry. Zaciekawiło mnie zagospodarowanie tych gór, od wioski pod sam las każdy kawałek łąki jest podzielony płotem, każde takie pole posiada drewnianą szopę. Są to pastwiska i magazynem na siano. Niby nic dziwnego ale te pola miały czasem nachylenie grubo ponad 50*, krowy wyglądały jakby miały się zaraz sturlać.
W końcu za wsią rozbijamy się 2 metry od rzeki i 2 razy tyle od strumyczka. Gotujemy wodę na zupki chińskie, pijemy i idziemy spać. To był chyba najgoretszy dzień.



widok z parkingu koło domku © wlochaty


Co kilometr stoją słupki z oznaczeniem drogi i odległościami do kolejnych miejscowości, bardzo przydatne © wlochaty


Cała droga dla nas © wlochaty


widok z przydrożnej górki © wlochaty



z lewej zapora z prawej PN Ceahlau z dwoma szczytami po 1900 i 1907m



raz do góra a raz na dół © wlochaty


Zabudowa w Hangu © wlochaty


Przerwa © wlochaty


rumuński krajobraz © wlochaty


uff, zimny prysznic © wlochaty


jest i nasz wiadukt © wlochaty


Ta kropka na dole to Micu vel Mielony :D © wlochaty


Znów to samo :D © wlochaty


odiwedzamy monastyr © wlochaty


nad wejściem © wlochaty


Czekamy na obiad w restauracji nad Bystrzycą © wlochaty


Zbyt gorąco na jazdę © wlochaty


Ogrodzone pola na górach © wlochaty


Uszkodzony most © wlochaty


Szukamy miejsca na spanie, w tle Pietros, 1791m © wlochaty


już w hotelu © wlochaty
Kategoria: Rumunia 2012